piątek, 1 maja 2020

1. in flames

Pociąg do Krakowa odjeżdżał o 12 w południe. Wsiadłam na pierwszej stacji: ,,Warszawa Wschodnia". Mieszkałam niedaleko, więc 10-minutowy spacer wzdłuż torów pozwolił mi przyzwyczaić się do zapachu rozgrzanych szyn, jaki miał mi towarzyszyć następne 4 godziny podróży. Stara boazeria i wysiedziane zakurzone fotele były powodem, dla którego nie dopłaciłam za bilet dodatkowych 30 zł, by dotrzeć na miejsce jeszcze przed porą obiadową. Zawsze to też dwie kolejne paczki fajek. I potrzebowałam czasu dla siebie.

Rozstanie z Patrykiem nie wywołało u mnie smutku. Gorzej. Byłam teraz zupełnie obojętna. Ten związek od dawna nie miał sensu. W zasadzie to należało go skończyć już po 3 miesiącach. Po co tkwiłam w tym kolejne 2 lata? Nie wiem. Jemu nadal na mnie zależało i wciąż starał się naprawić tę relację, choć z mojej strony nie mógł doczekać się żadnej reakcji. Z niecierpliwością wypatrywałam dnia, w którym da sobie spokój. Wiem, to okropne, ale nic nie mogłam na to poradzić. Pewnego letniego i wyjątkowo deszczowego wieczoru przemyślałam sobie to wszystko i niemal wyobraziłam sobie, jak moje oczy zasnuwają się mgiełką zobojętnienia. Nie wiem, czy czytaliście kiedyś Death Note'a. To taka kryminalna manga, całkiem niezła. Dorwałam ją w czasach gimnazjum, gdy czytałam takie rzeczy, a więc dekadę temu, ale nadal pamiętam ten moment, gdy główny bohater, Light, wyzbywa się swoich wspomnień i jego oczy z wrogich i czarnych zmieniają się w niewinne i jasne. Ze mną było odwrotnie.

Wyzbyłam się wszelkich wspomnień, ale to wywołało lawinę problemów. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, bym kiedykolwiek jeszcze mogła się z kimś związać. To tak, jakbyście weszli do nieoświetlonego tunelu, a cienki głosik z tyłu głowy podpowiadałby wam, że ciemna nicość kiedyś przecież się skończy, więc nie ma się czego bać, bo na pewno ujrzycie światło. Ale jesteście jednocześnie przekonani, że to nie nastąpi. Najbardziej dołujące w tym wszystkim jest to, że ten dialog prowadzicie sami ze sobą.

Więc od tamtej pory szłam tym tunelem. Możecie po omacku szukać włącznika lub porzuconej latarki, ale jaka jest szansa, że znajdziecie, skoro przez tyle czasu wam się nie udało? Ile godzin, dni, tygodni musi minąć, aż zrozumiecie, że możecie liczyć tylko na siebie? Im dłużej idziecie, tym łatwiej jest wam się przyzwyczaić do warunków, w jakich się znaleźliście. Taki stan jest naprawdę dołujący. Chciałam być sama do końca życia, bo przecież najlepiej mi ze mną. Ale ja postanowiłam wyciągnąć z tego jakąś lekcję. Nie cierpiałam na brak przyjaciół, wręcz przeciwnie. Miałam najwspanialszych na świecie. Czasem jednak trzeba skupić się na sobie, by móc żyć dla innych. Mówię o znalezieniu wyjścia ewakuacyjnego z tunelu, nawet jeśli wymagałoby to poruszenia cegieł na ścianie w odpowiedniej kolejności. Jechałam zatem do Krakowa, by choć na chwilę odciąć się od mojego dotychczasowego życia.

Zarezerwowałam miejsce w ostatnim przedziale ostatniego wagonu. Bardzo wątpiłam w to, by ktoś też to zrobił. Ludzie zazwyczaj woleli siedzieć z przodu i blisko wyjścia. Poza tym był wrzesień, środek tygodnia, wieczorem zespół Iron Maiden grał koncert na stadionie, ,,Nędznicy'' mieli premierę w Teatrze Narodowym, a na placu Grunwaldzkim obchodzono Dzień Demokracji. Małe szanse na tłumy w pociągu do Krakowa. Żeby było jasne, na koncert nie poszłam, bo już byłam 2 razy. Oni chyba będą grać do setnych urodzin. Odnalazłam swój przedział, otworzyłam okno, by wrześniowy wietrzyk mógł mierzwić mi włosy, i wygodnie usadowiłam się przy oknie, przodem do kierunku jazdy. Tak, wiem. Przewieje mnie.

Ach, cudowna samotność. Założyłam na uszy słuchawki i puściłam In Flames na tyle głośno, że jeśli do pociągu wbiegłoby wojsko, by wszystkich ewakuować, zorientowałabym się dopiero, gdyby zaczęli mnie wynosić na rękach. Na tę myśl uśmiechnęłam się sama do siebie i zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że do mojej samotni nie napatoczy się żadna matka z dzieckiem lub starsze panie grające w brydża. Choć jeśli chodzi o to drugie to mogłam być niemalże pewna, że mnie to nie spotka, bo wydawało mi się, że do brydża jest potrzebny stół. Zawsze chciałam nauczyć się w to grać. Trenowałabym codziennie na portalach internetowych, aż zostałabym mistrzynią powiatu lub całego województwa.

W ten sposób podświadomie zaczęłam wyobrażać sobie, jak siedzę z trzema starszymi paniami przy prowizorycznym stoliku z walizki i rzucamy wściekle karty, wiwatując głośno za każdym razem, gdy któraś z nas zdobędzie punkt albo zgarnie asa pik. Nie wiedziałam zupełnie, na czym brydż polega, ale wierzyłam, że właśnie tak wygląda rozgrywka. Pociąg szarpnął lekko, a ja nadal snułam rozległe wizje o dobieraniu kart i zagrywaniu trzema kolorami na raz, co przyprawiało moje starsze doświadczone koleżanki z przedziału o zdumione miny.

Gdy po czterech kolejnych piosenkach postanowiłam otworzyć oczy, mój wzrok padł na oddalającą się tabliczkę z napisem ,,Warszawa Zachodnia". A więc już opuszczałam moje miasto. Następny przystanek to Kraków. Chciałam oddać się nowym rozmyślaniom na tematy niemające zaczepienia w rzeczywistości, gdy nagle mnie zamurowało.

W przedziale nie byłam już sama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz